sobota, 4 kwietnia 2015

Le semaine de Chanel. Brand or name? [1]

Jednym ze stałych działów Fashion Art Cuisine będą „Tygodnie tematyczne”, poświęcone w całości wybranym osobistościom i zjawiskom świata mody, sztuki lub kuchni. Pierwsza na tej liście (bo nie mogło być inaczej) musiała znaleźć się Gabrielle Chanel. I to nawet jeśli jej wpływu na wygląd XX- i XXI-wiecznej mody nie sposób opisać w siedem dni…  

 
Wiele kobiet nie potrafiłoby dzisiaj wyobrazić sobie własnej szafy bez „małej czarnej”, pikowanej torebki na łańcuszku czy sztucznej biżuterii. Ambitna i zdeterminowana córka kupca, wkroczyła do świata francuskiej arystokracji na początku XX wieku, by zrewolucjonizować sposób myślenia o modzie na co najmniej najbliższe stulecie. Jeśli Raf Simons, przystojny i urzekający dyrektor kreatywny Diora, ma rację, mówiąc, że projektantów należy podzielić na dwie grupy: tych, którzy mają własną estetykę, ewoluującą, ale zawsze w tym samym stylu oraz skoczków: w jednym sezonie robiących coś, a w kolejnym zupełnie coś innego – Coco Chanel bez wątpienia należy do tej pierwszej.

Marka Chanel

W kwietniowe popołudnie przechadzam się uliczkami pierwszej dzielnicy Paryża, dumnie okupującej centralną część miasta. Jesienne słońce nieśmiało wygląda zza gęstych szarych chmur, oświetlając bruk XIX-wiecznych ulic. Obserwując współprzechodniów, bez zaskoczenia odkrywam, że Paryż pełen jest paryżan: wyniosłych, eleganckich, dumnie stawiających swoje skórzane, warte kilkaset euro, pantofelki wzdłuż równych i wąskich chodników.



Znad prawego brzegu Sekwany udaję się w głąb metropolii i pozwalam prowadzić się gęstej siatce paryskich dróg. Po kilkunastu minutach bez trudu docieram do Rue Cambon – w końcu wszystkie drogi prowadzą do Chanel – a moim oczom ukazuje się czteropiętrowa biała kamienica, której parter nie zmienił właściciela od 1918 roku. Zanim wejdę do środka, by zobaczyć słynną szklaną klatkę schodową, stanowiącą oryginalną scenografię dla międzywojennych pokazów mody, nie mogę oderwać oczu od wystawy, gustownie zapełnionej najnowszymi projektami Karla Lagerfelda: urzekających w swej prostocie, ale jednocześnie na wskroś luksusowych. O zawrót głowy przyprawiają nie tylko staranność szycia, nieskazitelny dobór materiałów i perfekcyjne zestawienie kolorów, ale i ceny zapisane niewielką czarną czcionką, które dopełniają ekspozycję.



Kiedy przyglądam się manekinom o jednakowych białych twarzach, mijają mnie pojedynczy przechodnie, turyści robią sobie zdjęcia, pozując na tle czarno-białego kwadratowego szyldu wielkości obrazów Tamary Łempickiej, wolno przejeżdża jakiś samochód. Wyobrażam sobie wtedy, jak wyglądało to miejsce na początku XX stulecia: kilkuosobowe grupy kobiet w ogromnych kapeluszach z szerokim rondem, przesłaniającym im twarze, spacerowały tędy wolnym krokiem, eleganccy dżentelmeni pozdrawiali je lekkim skinieniem głowy, wszyscy odziani w szyte na miarę stroje z wysokiej jakości materiałów – szykowne i wygodne. 



Do pierwszego paryskiego butiku Chanel prowadzą podwójne szklane drzwi, otwierane przez eleganckiego wysokiego mężczyznę. Zza jego pleców wyłania się wnętrze sklepu,  utrzymane w czarno-białej kolorystyce: spokojne, wyważone, ale jednocześnie dziwnie niedostępne i wyrafinowane. Na wieszakach, rozmieszczonych gdzieniegdzie (w myśl filozofii Chanel, że „nic nie jest równie piękne, jak pusta przestrzeń”), wiszą żakiety, spódnice, sukienki; na półkach – torebki, portfele, biżuteria… Wszystko współgra, jednobarwność wystroju odpowiada monochromatyczności kolekcji, utrzymanej w odcieniach bieli, czerni i pudrowego różu. Co jednak sprawiło, że na wskroś prosty kostium, niemalże nijaka czarna sukienka i prostokątna pikowana torebka stały się marzeniem większości kobiet, a dwie złote litery C przyprawiają je o szybsze bicie serca? Pewne jest to, że Chanel to jedna z najlepiej rozpoznawanych marek na świecie, a paryski adres Rue Cambon 31 dla każdej elegantki stał się synonimem dobrego smaku i luksusu.  

Tajemnicze początki

Życie Coco Chanel owiane było niezliczonymi tajemnicami i legendami, które, by móc w pełni sterować własną biografią, ona sama tworzyła. Skromne początki wybitnej kreatorki mody, według niej samej urodzonej dziesięć lat później niż rzeczywiście miało to miejsce, przesłonić miała historia nieszczęśliwego dzieciństwa, spędzonego u boku dwóch złowrogich ciotek. Siostry ojca miały zaopiekować się nią, gdy ten, po śmierci matki, wyjechał do Stanów Zjednoczonych w poszukiwaniu lepszej przyszłości. A jak było naprawdę?



Lata 80. XIX stulecia. Niewielkie miasteczko Saumur, rzucone mniej więcej w połowie drogi między Rennes a Bordeaux, w środkowo-zachodniej części Francji, nie wyróżnia się niczym szczególnym. Poza zajęciami w Krajowej Szkole Jeździectwa i zainteresowaniem badaczy, jakie przykuwa ogromny zamek, dzieje się tu niewiele. Kiedy w połowie sierpnia 1883 roku, w szpitalu prowadzonym przez Siostry Opatrzności, przychodzi na świat Gabrielle Chanel, miasto liczy nieco ponad 10 tysięcy mieszkańców. Jako druga z sześciorga dzieci pracownicy pralni i wędrownego kupca, handlującego ubraniami i bielizną, Chanel nie powinna nawet marzyć o lepszym życiu.

 źródło: flickr.com 



Osierocona w wieku dwunastu lat trafiła do klasztoru w Aubazine, prowadzonego przez Zgromadzenie Sióstr Najświętszego Serca Maryi, jako jedna z kilkudziesięciu „opuszczonych i osieroconych dziewcząt”. Trudny okres dojrzewania, poznawania samej siebie i odkrywania własnej kobiecości wypełniło jej zatem surowe, oszczędne życie u boku wymagających dyscypliny zakonnic, przygotowujących swe podopieczne do szybkiego zamążpójścia i wzorowego odgrywania roli uległych żon i oddanych matek. Dla Gabrielle: niepokornej, ambitnej buntowniczki, sześć lat spędzonych w murach klasztoru musiało wydawać się wiecznością. Czas, choć płynął wolno, nie stał jednak w miejscu, dlatego w 1901 roku, ukończywszy osiemnasty rok życia, zmuszona opuścić Aubazine, Chanel wyjechała do dwudziestotysięcznego Moulins, oddalonego od Paryża o kilka godzin jazdy pociągiem. 



Szybko okazało się, że umiejętności dobrej pani domu, jakie nabyła jeszcze w klasztorze, zapewnią jej utrzymanie. Kilka dni po przyjeździe do, położonego w sercu Francji, Moulins podjęła jednocześnie dwie prace. W ciągu dnia była szwaczką, by następnie wieczorami igłę z nitką zamieniać na mikrofon. Można zatem uznać, że, niespełna dwudziestoletnia wówczas, Chanel karierę rozpoczęła śpiewająco… I to dosłownie. Frywolne piosenki Ko Ko Ri Ko i Qui qu'a vu Coco, jakie wykonywała w pobliskim kabarecie, odwiedzanym głównie przez wojskowych, dały początek jej pseudonimowi, dzięki któremu będzie bezbłędnie rozpoznawana przez następne pokolenia. Gabrielle, jako piosenkarka dopiero raczkująca, wyjechała wkrótce do Vichy, by tam występować w jednej z kawiarń. W przededniu I wojny światowej uzdrowisko oblegane było przez francuską arystokrację, co oznaczało, że szanse na bycie zauważoną i wyjście z biedy, przynajmniej w roli kochanki jednego z bogaczy, są wystarczająco duże, by podjąć ryzyko. Słabe warunki głosowe Gabrielle rozwiały jednak raz na zawsze jej marzenia o karierze solistki kabaretowej.  


Coco wkracza na salony 

Pomimo mało wyszukanych tekstów piosenek, dziwnych kostiumów i niewybrednej widowni, występy w „La Rotonde” otworzyły przed Chanel na oścież drzwi, które kilka lat wcześniej nie były nawet lekko uchylone. Jednym z bywalców kawiarni w Moulins był bowiem Étienne Balsan, niegdyś oficer kawalerii, a wówczas włókienniczy potentat. Uwiedziony chłopięcą figurą Coco, jej zuchwałością i łobuzerskim spojrzeniem, zapragnął poznać ją bliżej. Kiedy Chanel została jego kochanką i zamieszkała z nim w pałacu Royalleiu, niedaleko Compiègne, słynącym z zalesionych ścieżek konnych i wystawnych polowań, powoli zaczęła wkraczać na francuskie salony. Akceptację arystokratów początku XX wieku Chanel mogła zdobyć jedynie udając jedną z nich, stąd strzeżenie tajemnicy prawdziwego pochodzenia stało się dla niej warunkiem umożliwiającym przetrwanie. Jej losy zatem w niczym nie przypominały perypetii bohaterki dramatu Gabrieli Zapolskiej. Dni, które upływały Coco pod znakiem bali i towarzyskich spotkań na zawsze zmieniły jej losy.



Podczas jednego z takich przyjęć, w 1908 roku, Chanel poznała kapitana Arthura Edwarda Capela, reprezentanta angielskiej klasy wyższej, chociaż dokładnie niewiadomo, kiedy kilka miłosnych spotkań wyewoluowało w prawdziwy romans. Pewne jest, że rok później oboje zamieszkali w Paryżu. Burzliwą znajomość, obfitującą w liczne zdrady, rozstania i powroty, pod koniec 1919 roku brutalnie przerwał śmiertelny wypadek Capela (samochód, który prowadził, wypadł z drogi gdzieś na południu Francji). Wydarzenie to miało destrukcyjny wpływ na przyszłe życie Coco. Po dwudziestu pięciu latach od wypadku, tak właśnie opowiadała o nim przyjacielowi, Paulowi Morandowi: „Jego śmierć była dla mnie strasznym ciosem, tracąc Capela, straciłam wszystko: moje życie i szczęście”.


Pierwszy sklep